Z korespondencji 1
Zimne wieczory na balkonie, gdy patrzyłam na księżyc i byłam taka samotna, choć tuż za drzwiami byli ludzie. Czasami pod blok przychodził lis. Też był samotny. Tutaj po raz pierwszy ktoś oprócz mojego ojca uderzył mnie w twarz. I tak samo upadłam na podłogę. Twarzą w buty narciarskie. Z odpiętymi klamrami. Bolało. Wpatrywałam się pustym wzrokiem w ścianę. Co robić? Totalna pustka. Co ja mam zrobić?! Upokorzenia nie da się przeliczyć na jakąkolwiek skalę. Dźwięk ma kiloherce, prąd ma ampery, długość – swoje centymetry. A upokorzenie ma pustkę. Okropną, ziejącą chłodem pustkę. Niemierzalną. Bolą mnie palce, które gryzę go krwi, paznokci już nie prawie nie mam. Byle nie krzyczeć, bo co sąsiedzi powiedzą. Że ona wyje jak zwierzę? Gryzę ręce. Jak lis, który musi się uwolnić z pułapki.